Podobnie jak kilku innych pisarzy fantasy, Sanderson udostępnia fragmenty z niewydanego, 3. tomu swojej bestsellerowej serii. W tej chwili są to dwa rozdziały. Pierwszy z nich odczytał podczas publicznego wystąpienia w 2014 roku, a na na łamach tor.com opublikowano jego rozszerzoną wersję.

To rozdział Kaladina, który ma być jednym z otwierających trzeci tom.

–  Kaladin szedł noga za nogą przez ciche pole skałopąków, w pełni świadomy, że jest zbyt późno, aby zapobiec katastrofie. Świadomość ta spowolniała go, napierając na jego ramiona niemal fizycznym odczuciem, jakby był zmuszony do dźwigania ciężaru mostu tylko na własną rękę.

   Otaczające go ziemie powinny wyglądać znajomo. Zamiast tego, wydawały się dzikie, zarośnięte, obce. Po tak długim czasie spędzonym na burzowych terenach – tych ziemiach wschodnich, które noszą na sobie ciężar burz – niemal zapomniał o zbytkach bardziej urodzajnego krajobrazu. Skałopąki urosły prawie tak duże jak beczki, z winoroślami grubości jego nadgarstka, wylewającymi się i chłepczącymi wodę z basenów kąpielowych na kamieniu. Trawa szerzyła się na polach, sięgając mu do pasa, nakrapiana świecącymi życiosprenami. Tętniła żywą zielenią i powoli osuwała się do ziemi, gdy się zbliżył.

   Kaladin potrząsnął głową; trawa w pobliżu Strzaskanych Równin ledwie dorastała mu do kostek i przeważnie pojawiała się w obrębie żółtawych pól na zawietrznym zboczu wzgórz. Na tych polach mogło ukryć prawie wszystko. Jedyne co musiałby zrobić to przykucnąć i czekać aż trawa przykryje przestrzeń wokół niego, i miałby doskonały punkt zasadzki. Jak to się stało, że nigdy nie zauważył tego w czasie swojego dzieciństwa? Tak obiegał pola, bawiąc się w berka z bratem, próbując zobaczyć kto był wystarczająco szybki, by złapać garście trawy nim się ukryły.

   Coś przykuło jego uwagę i odwrócił się w tym kierunku, zaskakując kępkę trawy wokół siebie. Kaladin czuł się wyczerpany. Zużyty. Jak… potężna burza, która straciła swoją furię, przeistaczając się w łagodną bryzę. Jego dramatyczny lot zaczął z większą ilością burzowego światła niż przypuszczał utrzymać, a pozostałe bogactwo schował głębiej w kieszenie w postaci kamieni szlachetnych. Skończyło się na tym, że kulejąc, wyczerpany, rozpoczął mozolny marsz przez pola. Być może mógłby polecieć aż do północno-zachodniego Alethkaru przez Strzaskane Równiny, gdyby był lepiej przećwiczony w swoich mocach. Jakby nie było – pomimo wyniesienia królewskich kul – wyczerpał całe burzowe światło gdzieś w księstwie Aladaru.

   Przebył setkę mil w ciągu pół dnia, i to wciąż nie wystarczało. Ten ostatni odcinek – mniej więcej trzydzieści mil piechotą – był nie do zniesienia. Tak wolno! Mógłby przebyć ten dystans wcześniej w oka mgnieniu, a musi maszerować już drugi dzień. Czuł się jak człowiek, który wygrywając maraton, potyka się i łamie nogi w odległości rozpiętości dłoni przed linią mety.

   Zbliżył się do obiektu, który zobaczył wcześniej. Trawa uprzejmie rozsunęła się przed nim, ukazując rozbitą drewnianą maselnicę, przeznaczoną do zamiany mleka lochy w masło. Kaladin złożył palce na rozłupanym drewnie: tylko ktoś bogaty miał dostęp do wystarczającej ilości mleka do tego rodzaju rzeczy, maselnica musiała zostać szczelnie zamknięta przed nadejściem burzy. Rzucił okiem na inny drewniany bloczek wystający ponad źdźbłami trawy, jak ręka tonącego człowieka, wyciągającego dłoń ku niebu.

   Syl pomknęła w dół jako wstęga światła, przepływając nad jego głową i wirując wokół kawałka drewna. Czuł dociekliwość jej ruchów, mimo że nie widział jeszcze emocji na jej twarzy. Mylił się, czy ich więź rosła w siłę? Jego umiejętność odczytywania jej uczuć, i wzajemnie, rozwinęła się? Być może była to tylko zażyłość.

   – To bok dachu – powiedział Kaladin. – Brzeg, który zwisa po zawietrznej stronie budynku. – Prawdopodobnie szopy, sądząc po odłamkach, które zauważył na polu.

   Alethkar nie należał do burzowych ziem, ale nie był mniej przeczulony, mniej obfitujący w burze jak zachodnia kraina. Budynki wybudowano tu niskie i przysadziste, szczególnie poza dużymi, osłoniętymi miastami. Są zwrócone na wschód, w kierunku burz, a okna znajdują się tylko po zawietrznej – zachodniej – stronie. Jak trawy i drzewa, ludzkość osłaniała się przed burzami. Odmieńców rozrywał nieznający miłosierdzia Ojciec Burz.

   Jednak te przedmioty – rozdarte przez wiatr, pchnięte o mile od swoich miejsc – nie uległy arcyburzy. Dokonał tego inny wicher; burza, która wieje w złym kierunku.

   Sama myśl o tym podsycała w nim poczucie paniki, sprawiała że czuł się jak podczas oglądania gradu strzał spadającego na niego i jego ludzi. Wieczna Burza, jak ją nazywano, była tak zła, tak nienaturalna – jak dziecko urodzone bez twarzy. Niektóre rzeczy po prostu nie powinny istnieć.

   Natomiast najbardziej niepokojące było to, że sama burza to nie jest ich największy problem.

  Zostawił szczątki za sobą i ruszył w dalszą drogę. Zmienił mundur przed wyruszeniem – wszedł przez Bramę Przysięgi na Strzaskanych Równinach, a potem wystrzelił w niebo i popędził w desperacji w kierunku Alethkaru. Jego stary mundur był zakrwawiony i poszarpany, choć ten nie był o wiele lepszy. Zapasowy, zwyczajowy mundur Kholinów, nawet nie starej Kobaltowej Gwardii. Czuł się źle nie nosząc symbolu mostu czwartego. Z drugiej strony z wieloma rzeczami czuł się źle przez ostatnie dni.

   Przysięgam, że rozpoznaję to miejsce, pomyślał, wspinając się na wzgórze. Rzeka przełamała krajobraz po jego prawej stronie, ale była mała i nietrwała – będzie płynąć jedynie po burzy. Mimo to drzewa wyrosły wzdłuż jej brzegów, głodne dodatkowej wody, wyznaczając trasę. Tak… to musi być Kuśtykający Potok. Więc jeśli spojrzy dokładnie na zachód…

   Osłaniając oczy ręką, zauważył je. Uprawiane na wzgórzach; sterczały jak korony łysych starszych mężczyzn. Nie trawa, nie skałopąki. Zostaną wkrótce nasmarowane kremem z nasion i polipy lavisa zaczną rosnąć. Najpewniej jeszcze nie zaczęły. To musiał być Płacz. Deszcz powinien padać w postaci stałego, delikatnego strumienia.

   Wieczna Burza przetoczywszy się tędy rano odsunęła chmury, a tym samym deszcz. Tak długo jak pogardzał Płaczem, nie był szczęśliwy widząc zbliżające się chmury deszczowe.  Powinno to trwać jeszcze przez siedem dni, ale niewłaściwa burza najwyraźniej zakłóciła pogodę. Kolejny nienaturalny efekt.

   Kaladin został zmuszony przetrwać w tych warunkach, wycinając Ostrzem Odprysku schronienie w zagłębieniu skalnym. Ta Wieczna Burza była jeszcze bardziej niesamowita niż arcyburze.

     Wspiął się na wzgórze, badając krajobraz. Kiedy to zrobił, Syl zmaterializowała się przed nim, jako świetlista wstążka.

– Twoje oczy znów są brązowe. – zauważyła.

   Upłynęło kilka godzin odkąd ostatnio wchłaniał burzowe światło lub wzywał Ostrze Odprysku. Gdy tylko robił którąkolwiek z tych rzeczy jego oczy jarzyły się szklistą jasnoniebieską barwą. Kilka godzin później kolor ponownie znikał. Syl uważała tę zmianę za fascynującą; Kaladin wciąż nie zdecydował, jak się z tym czuje.

   – Jesteśmy blisko – powiedział Kaladin, wskazując palcem. – Te pola należą do Hobbleken. Jesteśmy być może dwie godziny od Paleniska.

– Niedługo będziesz w domu! – powiedziała Syl, a jej wstęga światła zaczęła rosnąć i przybrała kształt młodej kobiety w lejącej się havah, zwartej i zapinanej powyżej pasa z okryciem bezpiecznej dłoni.

Kaladin chrząknął, kontynuując wędrówkę w dół zbocza.

– Jak ci się podoba moja nowa sukienka? – spytała, wymachując swoją zakrytą dłonią.

   – Wygląda na tobie dziwnie.

  – Musisz wiedzieć, że włożyłam w nią mnóstwo myśli – powiedziała Syl z irytacją. – Spędziłam dodatkowe godziny po prostu na myśleniu. Oh! Co to jest? – Zmieniła postać, obracając się w małą chmurkę burzową i odleciała by zawisnąć nad płazem przytulonym do kamienia. Najpierw obejrzała stwora wielkości pięści z jednej strony, potem z drugiej zanim zapiszczała z radości zamieniając się w jego doskonałą imitację – tylko w bladych, biało-niebieskich odcieniach. To coś przestraszyło się, a ona zachichotała, przeobrażając się z powrotem w kierunku Kaladina jako wstęga światła.

   – O czym rozmawialiśmy? – spytała, przeistaczając się w młodą kobietę, po czym osiadła na jego ramieniu.

   – O niczym ważnym.

  – Jestem pewna, że cię rugałam. – powiedziała Syl, dotykając jego ramienia w zadumie. – W każdym razie, jesteś w domu! Hura! Nie jesteś podekscytowany?

   Potrząsnął głową. Nie widziała tego – nie zdawała sobie sprawy. Czasem, mimo całej jej ciekawości pozostawała niepomna.

   – Ale… to twój dom… – Syl skuliła się. – Co jest nie w porządku? Czemu tak się czujesz?

_-– Wieczna Burza, Syl. – odparł Kaladin. – Mieliśmy zderzyć się z nią tutaj. – On potrzebował zmierzyć się z nią w tym miejscu.

   Na burze, czemu nie mógł być szybszy? Dał z siebie wiele przedednia podczas forsownego marszu, tak szybkiego, jak tylko mógł, nawet bez przystanków na sen. Może dlatego poczuł się tak wyczerpany, tak że nawet podnoszenie ramienia stało się udręką.

   Inną przyczyną był brak burzowego światła, po utrzymywaniu go tak długo. Czuł się jak łodyga guzowca, którą ktoś wyciska i wyciska, aby wydusić ostatnie odkażające krople, pozostawiając tylko łuskę. Co będzie, jeżeli za każdym razem po zużyciu mnóstwa burzowego światła będzie usychał?

   Poranne nadejście Wiecznej Burzy spowodowało jego upadek, w końcu zmusiło, by uległ swojemu wyczerpaniu. To było dzwonienie w dzwonek, sygnał porażki.

   Starał się nie myśleć o tym, co zastanie w Palenisku. Z pewnością ktoś przeżył, prawda? Wściekłość burzy, a następnie gorszą furię po? Mordercze zniszczenie niegdysiejszych służących zamienionych w potwory?

   Ojcze burz, czemu nie mógł być szybszy?

  Zmusił się raz jeszcze do zdwojonego marszu, przewieszając torbę przez ramię. Jej waga była wciąż ciężka, tak okropnie, jednak stwierdził że musi wiedzieć. Musi zobaczyć.

   Ktoś musiał być świadkiem tego, co się stało z jego domem.

  Deszcz zaczął ponownie padać około godziny od Paleniska, więc przynajmniej to w pogodzie nie zmieniło się całkowicie. Niestety, oznaczało to, że musiał wędrować do celu mokry przy akompaniamencie stałego chlupotu deszczu. Na burze, nienawidził Płaczu.

   – Wszystko będzie dobrze, Kaladinie – obiecała Syl z jego ramienia. Stworzyła dla siebie parasol i nadal nosiła tradycyjny strój, a nie jej zwykłą dziewczęcą spódnicę. – Zobaczysz…

   Jej gwarancja niewiele zdziałała na jego lęk. Raczej jej optymizm tylko podkreślił jego nastrój – jak kawałek łajna na stole otoczony przez ozdoby wyglądał o wiele nieprzyjemniej. Nie będzie „wszystko w porządku”. Jego życie nigdy nie toczyło się w ten sposób.

   Ściemniło się, nim wreszcie zobaczył ostatni grzywacz lavisowych wzgórz i spojrzał w dół na Palenisko. Mimo że się na to przygotowywał, wstrząsnął nim widok zniszczeń. Budynki bez dachów. Szczątki porozrzucane wokoło, niektóre domy nawet się zawaliły. Nie widział całego miasta ze swojego punktu obserwacyjnego, nie w mroku Płaczu, ale domy które mógł dostrzec w gasnącym świetle dnia były puste i zniszczone.

   Stał tam aż do zapadnięcia zmroku. Nie dostrzegł promyku światła w mieście. To miejsce było puste.

Martwe.

  Kawałek niego skurczył się, wciskając się w kąt, zmęczony tak częstym biciem. Ujarzmił swoją moc, obrał ścieżkę, którą powinien. Dlaczego to nie wystarczało?

   Natychmiast zaczął szukać wzrokiem domu swoich rodziców w pobliżu centrum miasta. Ale nie. Nawet gdyby był w stanie zobaczyć go w mroczny deszczowy wieczór, nie chciałby tam pójść. Jeszcze nie teraz. Zamiast tego, obrócił się w kierunku północno-zachodnim, gdzie wzgórza prowadzą do dworu miejscowego pana. Tutaj miał zacząć swoje poszukiwania; tam gdzie byli trzymani parshmeni. Kiedy spadła na nich transformacja, to w tym miejscu wykluło się zniszczenie. Z pewnością mógłby przejść nad trupem Roshone’a bez złamanego serca.

   Minął puste budynki, jedynie w towarzystwie dźwięków deszczu w ciemności. Spróbował wygrzebać kulę dla światła, ale oczywiście zużył wszystkie, jakie miał. Były teraz bure i takie pozostaną, póki nie przybędzie następna arcyburza – za tydzień, zakładając normalne warunki pogodowe. Nie można zakładać czegoś w dłuższym czasie.

   Zadrżał w chłodzie i oddalił się trochę od miasta, nie chcąc czuć na sobie otworów ziejących w tych domach, jak wpatrujących się w niego oczu. Choć kiedyś Palenisko wydawało mu się ogromne – było to miasto o jakichś stu budynkach, znacznie większe niż wiele maleńkich otaczających je wiosek – nie było niczego niezwykłego w tym miejscu. To było jedno z tuzinów miast w Alethkarze. Większe z nich, takie jak to, choć nadal bardzo wiejskie, służyło jako swego rodzaju koncentrator społeczności rolniczych rozrastających się wokoło.

   I dlatego zostało przeklęte przymusem obecności jasnookich panów, z powodu importu do miasta. Roshone’a, w tym wypadku. Człowieka, którego zachłanność zrujnowała więcej niż jedno życie.

   Moash…, pomyślał Kaladin. W końcu będzie musiał zmierzyć się z tym, co zrobił jego przyjaciel. Teraz zdrada była zbyt świeża i inne rany domagały się uleczenia. Pilniejsze rany.

   Kaladin wspinał się do dworu Roshone’a dobrze znaną ścieżką. Kiedyś przechodził tędy niemal codziennie. W czasach kiedy mieli innego burmistrza. To życie było zbyt surrealistyczne, by o tym pamiętać. Przeszłość, która już do niego nie należała.

   – Wow. – odezwała się Syl. – Ponurospren.

   Kaladin podniósł wzrok i dostrzegł niezwykłego sprena wirującego wokół niego. Podłużny i szary, jak wielka, postrzępiona chorągiewka na wietrze, owinięta wokół niego trzepocząc na nieistniejących podmuchach. Widział takiego tylko raz czy dwa.

   – Dlaczego są takie rzadkie? – spytał Kaladin, kontynuując wędrówkę. Posiadłość była tuż tuż. – Ludzie nieustannie są ponurzy.

   – Kto wie? – odparła Syl. – Niektóre spreny są pospolite, inne nie. – Postukała w jego ramię. – Jestem pewna, że mój krewny lubi polować na takie rzeczy.

   – Polować na nie? – spytał. – Czyli, dostrzec je?

   – Nie. Tak jak wy polujecie na te wielkie skorupiaki. Nie pamiętam nazwy… Tak czy siak, polowania były wielką sprawą. Dość sporym przedsięwzięciem. – Syl przechyliła głowę, niepomna na deszcz przelewający się przez jej postać. – Cóż za dziwne wspomnienie.

    – Coraz więcej zdaje się do ciebie wracać.

   – Im dłużej jestem z tobą. – stwierdziła, kiwając głową. – Tym intensywniej to się dzieje. Przyjmując, że nie zamierzasz mnie znowu zabić.

   – Jak długo każesz mi za to przepraszać?

   – Jak wiele razy robiłam to dotąd?

   – Co najmniej pięćdziesiąt.

   – Kłamca – powiedziała. – To nie mogło być więcej niż dwadzieścia. – zerknęła na niego wyczekująco.

   – Przepraszam. – Westchnął.  Musiał się z nią zgodzić. Żadnego więcej opóźniania.

   Chwila. Czy tam z przodu nie zapłonęło światło?

   Kaladin zatrzymał się na ścieżce. Światło dobiegało z dworu, migocząc nierówno. Świece? Ktoś, jak się okazało, przeżył. To było dobre, ale również niepokojące. Co jeśli był to parshmen, lub jakkolwiek się oni teraz nazywają, po tym jak przeszli transformację. To mogli być Pustkowcy.

   Mogli wyrżnąć ludzi z miasta, a następnie przenieść się tu, do rezydencji. Musiał być ostrożny, jednak kiedy się zbliżył, okazało się, że wcale nie chce być. Chciał być lekkomyślny, wściekły, destrukcyjny. Jeśli tylko znajdzie te kreatury, które zabrały mu jego dom…

   Mieli być bezpieczni! Z dala od Kaladina, daleko od jego nowego życia pełnego bólu i utraconych przyjaciół.

  – Bądź gotowa. – wymamrotał w stronę Syl. Teraz znajdowała się w jego Ostrzu Odprysku, jego broni, która tak jak spren towarzyszy Rycerzowi.

   Zszedł ze ścieżki, która pozbawiona była śladów trawy i innych roślin, po czym ruszył poprzez noc w kierunku świateł. Dwór został zajęty. Światła, które zauważył, błyszczały z okien rozbitych podczas Wiecznej Burzy, która pochłonęła miasto, nadchodząc nie tylko ze złego kierunku, ale w zupełnie nieoczekiwanym momencie. Żaden Strażnik Burz nie mógł tego przewidzieć. Okiennice nie zostały założone na okna, a ludzie nie wiedzieli, że powinni pozostać w domach.

   Deszcz zagłuszał wszystkie dźwięki i sprawiał, że trudno było dostrzec w dworku więcej, niż zdewastowany ganek, zniszczone okna i zmieniające się światła. Ktoś lub coś było w środku. Cienie poruszały się przed błyśnięciami. Kaladin z bijącym sercem dotarł do ściany budynku, a następnie zakręcił ku północnej stronie. Wejście dla służby znajdowało się tutaj, wraz z kwaterami parshmenów.

   Wszystko zagłuszał deszcz, utrudniając rejestrowanie szczegółów, ale usłyszał niezwyczajną ilość hałasów dobiegających z wnętrza dworu. Dudnienie. Ruch. Każdy dźwięk umieszał go dalej na krawędzi.

   Noc była w pełni, kiedy przekradał się przez ogrody aż do boku budynku. Na szczęście pamiętał to miejsce dobrze. W młodości spędzał mnóstwo czasu, bawiąc się z Laral, córką poprzedniego pana miasta. Parshmeni byli zakwaterowani w małej przybudówce, tuż przy dworku, ale w jego cieniu, z jedną otwartą komorą mającą w środku ławki do spania. Kaladin sięgnął w jej stronę, a Syl zmaterializowała się rzucając delikatne światło – wystarczające dla niego, by zobaczyć ziejącą dziurę w ścianie budynku.

   Cóż, to na pewno nie był dobry znak. Kaladina przejął dreszcz, deszcz uderzał o jego ramiona i głowę. Cała strona budynku została wyrwana, a wewnątrz była najwyraźniej pusta. Zostawił ją, skradając się z powrotem przez ogrody, pełne sięgających klatki piersiowej upraw łupkokory i wypatrywał jakichkolwiek znaków, świadczących o tym co się stało.

   Z tyłu rozległ się hałas.

   Kaladin obrócił się, mieląc przekleństwo w ustach, kiedy drzwi prowadzące do środka dworu się otworzyły. Będąc zbyt daleko by szukać schronienia w pomieszczeniu dla parshmenów, zanurkował do kopca łupkokory, który był żałośnie niewielki. Padało na niego światło, przecinając deszcz. Latarnia.

  Ukrywanie nie miało sensu, Kaladin uniósł rękę i przeciągnął się, gotowy do wezwania Syl, ale zawahał się. Osoba, która przyszła z dworu była człowiekiem, strażnikiem w starym hełmie z plamami rdzy.

   Mężczyna trzymał wysoko swoją latarnię, a jego twarz pobladła na widok Kaladina.

   – Tu i teraz. – Strażnik sięgnął po maczugę, przyczepioną do pasa. – Tu i teraz! Ty tam! – Uwolnił broń i uniósł, drążymi rękami.  – Kim jesteś? Dezerterem? Chodź w stronę światła i pozwól mi cię zobaczyć.

   Kaladin wstał ostrożnie, wciąż spięty. Wydawało się, że ktoś przetrwał atak Pustkowców. Albo to, albo to była grupa badająca następstwa. Pomimo faktu, że to był pierwszy obiecujący znak, jaki widział od przybycia.

   Trzymał ręce wzdłuż boków – nie był uzbrojony w Syl – i pozwolił strażnikowi pociągnąć go w stronę budynku.


Przekład: Kuba

Korekta: Milena

Zapraszamy do dzielenia się spostrzeżeniami i wrażeniami 🙂

  • Jula

    Jak widzę strona zaczyna nieźle funkcjonować. A fragment naprawdę świetny, oczywiście czekam na całość 🙂

  • Anne

    Czytałam z wypiekami na twarzy! Wielka robota, próbowałam przeczytać w oryginale, ale BS ma trudny język.
    Nie mogę się doczekać, aż Kal spotka się z Laral albo matką i w obliczu niebezpieczeństwa przywoła nadzwyczajne ostrze odprysku, którym będzie nadzwyczajnie wywijał xD

  • Asgoth

    Dzięki! Jak mi tego brakuje! Spijałem jak rosę!

  • Alharin

    1,5 roku czekania, to jawne morderstwo! :”0

  • Oren

    Przypominają mi się słowa jednego książkowego youtubera, o tym jak Sanderson bombarduje informacjami o swoim uniwersum. Roshar jest tak niesamowicie oryginalny, dopracowany, dokładny, jakby Sanderson się w nim wychował. Pod tym względem jest niekwestionowanym mistrzem fantastyki.
    Szkoda Kaladina. Ile razy można zbierać baty od życia? Teraz jeszcze dotarł do Paleniska zbyt późno, jakby w całej kanonadzie nieszczęść zabrakło widoku zdemolowanego domu rodzinnego.
    Oczywiście nie mogę się doczekać trójki, czekam na jakieś spotkanie z rodzicami, Kaladin jest najlepszą z wielkiego zbioru postaci.
    Dzięki za tłumaczenie 🙂

    • http://drogakrolow.pl Wiola

      Szczerze mówiąc, również darzę go szczególną sympatią. Ledwie się powstrzymywałam od tego, by podczas lektury omijać rozdziały pisane nie z jego perspektywy (no, może poza tymi Dalinara, bo ta postać również zyskała moje zainteresowanie). Dlatego wyczekuję z utęsknieniem trójki i liczę, że w Palenisku na jaw wyjdzie wiele niespodziewanych faktów 😀

  • Pingback: Nowy rozdział z 3. tomu! — Droga Królów - Brandon Sanderson()

  • Pingback: [Tłumaczenie] Kolejny rozdział z 3. tomu – Droga Królów – Brandon Sanderson()

  • Pingback: Prolog „Dawcy Przysięgi” – Droga Królów – Brandon Sanderson()

  • Pingback: Tłumaczenie kolejnego rozdziału „Dawcy przysięgi” #3 – Droga Królów – Brandon Sanderson()