Przed Wami tłumaczenie kolejnego rozdziału Dawcy Przysięgi.

Jak dotąd autor udostępnił aż cztery fragmenty związane z Oathbringerem, którego premiera w USA jest planowana na listopad. Rozdział Kaladina rozgrywający się tuż po finale Słów Światłości, prolog napisany z punktu widzenia Eshonai, jak również rozdział Jasnah, który jednak prawdopodobnie nie znajdzie się w samym Dawcy.

Czwartym fragmentem jest retrospekcja Dalinara, głównego bohatera trzeciego tomu. Nie zawiera spoilerów do poprzednich tomów Archiwum.

Życzymy miłej lektury!

   Skałopąki chrzęściły pod butami Dalinara niczym czaszki, gdy ten nacierał przez płonące pole. Jego elitarni podążali za nim – doborowy oddział żołnierzy, zarówno ciemno- jak i jasnookich. Nie byli strażą honorową. Dalinar nie potrzebował strażników. Byli po prostu ludźmi, których uznał za wystarczająco kompetentnych, by nie przynieśli mu wstydu.

   Wokół niego tliły się skałopąki. Mech – wyschnięty od letniego upału i długich przerw pomiędzy burzami o tej porze roku – płonął falami sprawiając, że nawet skorupy skałopąków stawały w ogniu. Dalinar wkroczył w dym, wierząc, że jego wyściełana zbroja i grube buty zdołają go ochronić. Ogniospreny, niczym miniaturowi ludzie uformowani z ognia, tanecznym ruchem poruszały się od jednego płonącego skrawka ziemi do drugiego.

   Wróg, napierany z północy przez jego armię, cofnął się do miasta tuż przed nim. Dalinar z trudnością powstrzymywał się przed dołączeniem do pierwszego starcia. Wiedział, że prawdziwa walka odbędzie się w mieście.

   Nie spodziewał się, że wróg w przypływie desperacji podpali tę równinę, paląc swoje własne uprawy, żeby powstrzymać natarcie z południa. Cóż, to bez znaczenia. Jeśli chodziło o Dalinara, to ogień mógł iść do Potępienia. Poprowadził swoich ludzi do ataku i choć część z nich została przytłoczona dymem i gorącem, większość z nim została. Wbiją się we wroga z południa, ściskając go pomiędzy jego ludźmi a trzonem armii.

   Młot i kowadło. Jego ulubiony rodzaj taktyki: taki, który nie pozwalał wrogom uciec przed nim.

   Gdy Dalinar wyłonił się z dymu, zauważył kilka rzędów włóczników w pośpiechu formujących szereg przy południowym skraju miasta. Znajdowały się tam pozostałości muru, ale zostały zburzone w walce kilka lat wcześniej. Dalinar zapomniał nazwy miasta, ale jego położenie było idealne. Duża grań ze wschodniej strony stanowiła naturalną ochronę przed burzami i pozwoliła osadzie rozrosnąć się w niemal prawdziwe miasto.

   Dalinar wrzasnął na wrogich żołnierzy, uderzając w tarczę swoim orężem – zwyczajnym długim mieczem. Miał na sobie wzmacniany napierśnik, hełm oraz pokryte żelazem buty. Włócznicy przed nim poruszyli się z wahaniem, gdy z dymu i ognia wydarli się jego elitarni, których przenikliwe wrzaski przepełniała żądza krwi.

   Kilkoro włóczników rzuciło broń i uciekło. Strachospreny, grudki filetowej mazi, wiły się tłumnie wokół wrogiego oddziału. Dalinar uśmiechnął się szeroko. Nie potrzebował Odprysków, by przerażać.

   Uderzył we włóczników niczym głaz przetaczający się przez gaj młodych drzewek, wymachując mieczem i posyłając kończyny w powietrze. W dobrej walce chodziło o pęd. Nie zatrzymuj się. Nie myśl. Przyj przed siebie i przekonaj swoich przeciwników, że już są martwi. W ten sposób będą stawiać mniejszy opór kiedy będziesz posyłać ich na ich stosy.

   Włócznicy dziko dźgali włóczniami, gdy przedzierał się pomiędzy nimi – raczej by spróbować odeprzeć tego szaleńca, niż go zabić. Ich szereg się przerwał i wielu żołnierzy odwróciło się od ludzi Dalinara, skupiając się tylko na nim samym.

   Dalinar zaśmiał się, tarczą odrzucając na bok kilka włóczni, a następnie wypatroszył jednego żołnierza, z mieczem głęboko w jego kiszkach. Mężczyzna upuścił swoją włócznię w przypływie paniki, próbując pozbierać swoje wnętrzności, a jego sojusznicy odsunęli się na ten przerażający widok. Dalinar zamachnął się więc, zaskakując dwóch z nich i zabijając ich mieczem splamionym krwią ich towarzysza.

   Elitarni żołnierze Dalinara przerzedzili złamaną już linię włóczników i rozpoczęła się prawdziwa rzeź. Dalinar parł na przód, zachowując pęd, przebijając się przez kolejne szeregi, aż dotarł na tyły armii, oddychając ciężko i ścierając z twarzy pot zmieszany z popiołem. Młody włócznik padł przed nim, płacząc, wołając matkę, gdy czołgał się po kamiennym podłożu, zostawiając za sobą ślad krwi. Wszędzie wokół strachospreny mieszały się z pomarańczowymi, żyłkowatymi bólosprenami.

   Dalinar pokręcił głową, podniósł porzuconą włócznię i przeszedłszy obok młodzieńca wbił ją w jego serce. Mężczyźni często wołali rodziców, gdy umierali. Nieważne, ile mieli lat. Widział ludzi z siwymi brodami, którzy tak robili, niczym dzieci takie, jak ten chłopiec. Jest niewiele młodszy ode mnie, pomyślał Dalinar. Może siedemnastoletni. Jednakże Dalinar nigdy nie czuł się młody, bez względu na swój wiek.

   Jego elitarni pojawili się za nim, przeciąwszy w pół linię wroga. Dalinar poruszał się szybko i rytmicznie, potrząsając zakrwawionym ostrzem, czując się ożywionym, podekscytowanym, ale jeszcze nie żywym. Gdzie to było?

   No dalej…

   Większa grupa żołnierzy maszerowała ulicą w jego kierunku, prowadzona przez kilku dowódców w bieli i czerwieni. Po tym, w jaki sposób się zatrzymali, zaniepokojeni, Dalinar zrozumiał, że nie spodziewali się, że ich włócznicy padną tak szybko.

   Dalinar ruszył do walki. Jego żołnierze wiedzieli, żeby uważać, więc pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu podążyło za nim. Pozostali musieli wykończyć resztę nieszczęsnych włóczników. Pięćdziesięciu wystarczy. Ciasne przestrzenie miasta oznaczały, że Dalinar nie powinien potrzebować więcej.

   Zbliżając się do nowego oddziału, skupił swoją uwagę na mężczyźnie na koniu. Miał na sobie zbroję płytową, która w oczywisty sposób miała być odtworzeniem Pancerza Odprysku, choć zrobiona była tylko ze zwykłej stali. Brakowało jej tego piękna, tej potęgi prawdziwego Pancerza. Mimo to mężczyzna wciąż wyglądał jak najważniejsza osoba w okolicy. Oby oznaczało to, że był też najlepszy.

   Gwardia honorowa człowieka na koniu rzuciła się do natarcia i Dalinar poczuł, że coś się w nim rozbudziło. Niczym pragnienie, fizyczna potrzeba.

   Wyzwanie. Potrzebował wyzwania, niech to burza!

   Dalinar natarł na pierwszego członka gwardii, atakując z błyskawiczną brutalnością. Walka na polu bitwy nie była tym samym, czym była na arenie pojedynkowej; Dalinar nie tańczył wokół przeciwnika, sprawdzając jego umiejętności. Tutaj takie zachowanie skutkowało dźgnięciem w plecy od kogoś innego. Zamiast tego zamachnął się mieczem na przeciwnika, który uniósł tarczę do bloku. Dalinar uderzał serią szybkich, potężnych ciosów, niczym bębniarz wybijający wściekły rytm. Bam, bam, bam, bam!

   Wrogi żołnierz nie miał okazji na rozpoczęcie kontrataku. Ściskał uniesioną tarczę nad głową, dając Dalinarowi całkowitą kontrolę. Dalinar uderzał dalej, unosząc własną tarczę przed siebie, a następnie pchając nią przeciwnika, odpychając go do tyłu dopóki się nie potknął. Tarcza mężczyzny się odchyliła, pozwalając mieczowi Dalinara opaść pod kątem i ugryźć go w ramię.

   Tarcza opadła całkowicie. Ten mężczyzna nie miał okazji na wołanie matki.

   Dalinar pozwolił swoim żołnierzom zająć się resztą – droga do oświeconego była wolna. Nie był wystarczająco stary, żeby być arcyksięciem. Jakiś inny ważny jasnooki? Albo może… czy Dalinar nie pamiętał czegoś o jakimś synu wspomnianym podczas niekończących się przygotowawczych narad Gavilara? Cóż, ten człowiek bez wątpienia wyglądał imponująco na białej klaczy, oglądając bitwę zza hełmu, w płaszczu spływającym po jego ciele.

   Dalinar przystanął, ochoczo wymachując mieczem, oddychając głęboko. Wróg uniósł swój miecz do hełmu oznajmiając, że przyjął wyzwanie.

   Idiota.

   Dalinar uniósł rękę z tarczą i wskazał palcem, licząc, że przynajmniej jeden z jego towarzyszy przeżył i pozostał przy nim. W rzeczy samej, Jenin podszedł do przodu, zdjął krótki łuk z pleców i – w chwili, gdy oświecony krzyknął ze zdumienia – strzelił koniowi w pierś.

   – Nie cierpię strzelać do koni – mruknął Jenin, gdy zwierzę z bólu stanęło dęba. – To jak wyrzucanie tysiąca broamów prosto w burzowy ocean, oświecony.

   – Kupię ci dwa, jak już tu skończymy – powiedział Dalinar, gdy oświecony przechylił się do tyłu i spadł z konia. Dalinar skoczył do przodu, między błyskającymi podkowami i parsknięciami przepełnionymi bólem, w kierunku wroga. Ucieszył się, gdy zastał go podnoszącego się z ziemi.

   Dalinar od razu się zamachnął. Oświecony zdołał unieść miecz, ale Dalinar odtrącił go, następnie całkowicie odrzucił swoją tarczę i zaatakował silnym, oburęcznym zamachem, zamierzając z powrotem powalić jasnookiego żołnierza. Na szczęście mężczyzna był na tyle dobry, by powrócić do postawy i przyjąć cios na tarczę.

   Trzask uderzenia dało się pewnie usłyszeć aż w Kholinarze. W rzeczy samej, cios aż odezwał się drżeniem w rękach Dalinara.

   Pęd. W życiu chodziło o pęd. Wybierz kierunek i nie pozwól niczemu – człowiekowi czy burzy – by cię z niego zepchnęło. Dalinar walił w oświeconego druzgocącymi ciosami, odpychając go do tyłu, wściekły i uporczywy. Mężczyzna, co godne podziwu, wytrzymał i zdołał zaskoczyć Dalinara niespodziewanym zwodem. Pozwoliło mu to podejść do Dalinara na tyle blisko, by mógł napierać na niego swoją tarczą.

   Dalinar zanurkował pod następnym ciosem, ale grzbiet dłoni trafił go mocno w bok głowy sprawiając, że się potknął. Jego hełm się przekręcił, a metal wygięty przez cios wgryzał się w skórę jego głowy aż do krwi. Dalinar widział podwójnie, a świat w jego oczach zdawał się pływać.

   Oświecony sprytnie przybliżył się, by zabić. Dalinar zamachnął się mieczem w porywistym, łukowym ciosie, wytrącając broń z dłoni oświeconego.

   Który uderzył go opancerzoną rękawicą w twarz – i nos Dalinara chrupnął.

   Dalinar padł na kolana, jego wzrok rozmyty, miecz wyślizgnął mu się z dłoni. Jego przeciwnik oddychał głęboko, przeklinając pomiędzy oddechami, zdyszany przez krótkie – lecz intensywne – starcie. Sięgnął do pasa w poszukiwaniu noża.

   Jakieś uczucie obudziło się w Dalinarze. Ogień, który wypełnił otchłań w jego wnętrzu. Obmył go i obudził, przynosząc jasność umysłu. Dźwięki jego żołnierzy walczących z gwardią oświeconego ucichły, metal uderzający o metal stał się jedynie brzdęknięciami, niskie chrząknięcia zaledwie odległym pomrukiem.

   Dalinar uśmiechnął się szeroko, a następnie wyszczerzył zęby. Jego wzrok wrócił do normalności gdy oświecony – który właśnie dobył noża – spojrzał na niego i wytrzeszczył oczy, zataczając się w tył. Wyglądał na przerażonego.

   Dalinar ryknął, plując krwią i rzucając się na przeciwnika. Cios, który został w niego wymierzony wyglądał żałośnie i Dalinar uchylił się przed nim, uderzając ramieniem we wroga i popychając go do tyłu. Coś dudniło wewnątrz Dalinara, puls bitwy, rytm zabijania i umierania.

   Dreszcz.

   Wybił swojego przeciwnika z równowagi, a następnie sięgnął po miecz. Dym tymczasem wykrzyknął jego imię i rzucił w jego kierunku halabardę z hakiem z jednej strony i szerokim toporem z drugiej.

   Dalinar chwycił broń w powietrzu i zawirował, unikając ciosu oświeconego. Jednocześnie zahaczył ostrzem topora o jego kostkę, a następnie szarpnął.

   Oświecony upadł w brzęku stali. Niestety nim Dalinar mógł kontynuować atak, honorowa gwardia stała się problemem. Dwóch zdołało się uwolnić od ludzi Dalinara i przybyli w obronie swojego oświeconego.

   Dalinar złapał uderzenia ich mieczy na swoją broń i obrócił ją wokoło, cofając się i wbijając ostrze topora w bok jednego z mężczyzn. Dalinar wyszarpnął broń z ciała i znów się obrócił – uderzając bronią w głowę podnoszącego się oświeconego i posyłając go z powrotem na kolana – zanim powrócił na miejsce i ledwo złapał miecz pozostałego strażnika na trzonek broni.

   Dalinar pchnął w górę, trzymając broń oburącz, wyrzucając miecz strażnika w powietrze nad jego głową. Podszedł bliżej, aż stanął twarzą w twarz z przeciwnikiem. Czuł oddech tego mężczyzny.

   Dalinar splunął krwią ze strzaskanego nosa prosto do oczu gwardzisty, a następnie kopnął go w brzuch. Odwrócił się w kierunku oświeconego, który – znów – dźwignął się chwiejnie i teraz próbował uciekać. Dalinar warknął, przepełniony Dreszczem, zamachnął się bronią w jednej dłoni, zahaczając kolcem o bok oświeconego, a następnie szarpnął, powalając go po raz trzeci.

   Oświecony przetoczył się. Został powitany widokiem Dalinara gwałtownie opuszczającego swoją trzymaną oburącz broń, przebijającego kolcem jego napierśnik i pierś pod nim. Rozległo się satysfakcjonujące chrupnięcie i Dalinar wyciągnął zakrwawioną broń.

   Uderzenie było niczym sygnał i gwardia honorowa oraz inni żołnierze w końcu złamali się przed jego elitarnymi. Dalinar wyszczerzył się oglądając jak odchodzili, chwałospreny pojawiające się wokół niego jak świecące, złote sfery. Na Potępienie, to miłe uczucie – pokonać siłę większą niż twoja własna.

   Dreszcz, niestety, zanikał. Nigdy nie udawało mu się utrzymać go na tyle długo, jakby tego pragnął. Obok niego człowiek, którego powalił, jęknął lekko. Dalinar, zaciekawiony, podszedł do niego i kopnął w opancerzoną pierś.

   – Dlaczego… – powiedział mężczyzna z wnętrza hełmu. – Dlaczego my?

   – Nie wiem – odparł Dalinar, odrzucając broń z powrotem do Dyma.

   – Ty… Ty nie wiesz? – rzekł umierający.

   – Mój brat wybiera – powiedział Dalinar. – Ja po prostu idę tam, gdzie mi każe.

   Wskazał w kierunku umierającego mężczyzny, a Dym wbił swój miecz w dziurę w napierśniku, kończąc robotę. Facet walczył całkiem dobrze – nie było potrzeby przedłużać jego cierpienia.

   Zjawił się kolejny żołnierz i podał Dalinarowi jego miecz. Ostrze było wyszczerbione na głębokość kciuka. Wyglądało też na wygięte.

   – Musisz wbijać to w miękkie części, oświecony – powiedział Dym – nie walić w te twarde.

  – Zapamiętam to – odparł Dalinar, odrzucając miecz na bok gdy jeden z jego ludzi wybrał coś na zastąpienie oręża wśród ludzi o pozycji wystarczająco wysokiej, by je posiadać.

   – Wszystko… w porządku, oświecony? – zapytał Dym.

   – Nigdy nie czułem się lepiej – odpowiedział Dalinar, a następnie wciągnął krew przez złamany nos. Bolało jak Potępienie.

   Żołnierze zebrali się wokół niego i Dalinar poprowadził ich dalej w dół ulicy. Po niedługim czasie mógł zobaczyć przed nimi wrogą masę wciąż walczących żołnierzy, dręczoną przez jego armię.

   Zatrzymał swoich ludzi, rozmyślając.

   Thakka, kapitan elitarnych, odwrócił się w jego stronę.

   – Jakieś rozkazy, panie?

   – Napadnijcie na te budynki – rzekł Dalinar, wskazując na linię domów. – Zobaczymy, jak dobrze walczą widząc, że spędzamy ich rodziny.

   – Ludzie będą chcieli grabić – zauważył Thakka.

   – Co tu jest do grabienia, w takiej norze jak ta? – powiedział Dalinar wzruszając ramionami. – Rozmokła wieprzowa skóra i stare miski ze skałopąków?

   Zdjął hełm by wytrzeć krew z twarzy.

   – Grabić mogą później. Teraz potrzebuję zakładników. W tym burzowym mieście gdzieś są cywile. Znajdźcie ich.

   Thakka skinął głową, wykrzykując rozkazy. Dalinar sięgnął po trochę wody. Będzie musiał spotkać się z Sadeasem i —

   Coś walnęło w ramię Dalinara. Przelotnie tylko widział to coś, czarną plamę która uderzyła go z siłą końskiego kopnięcia. Uderzenie go powaliło, a bok zapłonął bólem.

  – Strzała? – powiedział mrugając, gdy uświadomił sobie, że leży na ziemi. Burzowa strzała o długim, grubym drzewcu wystawała prosto z jego prawego ramienia. Całkowicie przebiła kolczugę.

   – Oświecony! – krzyknął Thakka klękając i osłaniając Dalniara swoim ciałem. – Na Keleka! Oświecony, jesteś—

   – Kto, na Potępienie, to wystrzelił? – zapytał Dalinar.

   – Tam – powiedział jeden z jego ludzi, wskazując na grań ponad miastem.

   – To musi być ponad trzysta jardów – odparł Dalniar, odpychając Thakkę na bok i wstając – To nie może—

   Patrzył, więc był w stanie uskoczyć z toru następnej strzały, która upadła zaledwie kilka stóp od niego, uderzając w kamienny grunt. Dalinar gapił się na nią, a potem zaczął wykrzykiwać:

   – Konie! Gdzie są te burzowe konie!

   Czy ogień je opóźnił?

   Nie, na szczęście. Niewielka grupa żołnierzy prowadziła je bardziej ostrożnie przez pola, ale teraz już ich dogonili. Przybyli kłusując, gdy rozkaz Dalinara został przekazany, przyprowadzając wszystkie jedenaście koni. Dalinar musiał uskoczyć przed kolejną strzałą, gdy chwycił za wodze Pełnonocnego, swojego czarnego wałacha i dźwignął się na jego siodło.

   Pogalopował z powrotem do miejsca, z którego przyszli, dziesięciu jego najlepszych ludzi podążało za nim. Musiała tu być droga w górę tego zbocza… Tam! Układ kamiennych zakrętów, płytkich na tyle by nie bał się pokierować na nie biegnącego Pełnonocnego. Dalinar bardziej obawiał się, że nim dotrze na szczyt jego łup zdąży uciec.

   W końcu wyskoczył na szczyt grani; strzała wbiła się w jego lewe ramię, przechodząc wprost przez napierśnik i prawie zrzucając go z siodła.

   Na Potępienie! W jakiś sposób wciąż się trzymał, ściskając wodze w jednej dłoni i pochylił się nisko, patrząc jak łucznik przed nim – wciąż odległy – stał na skalnym wybrzuszeniu i wypuścił kolejną strzałę. I następną. Niech to burze, facet był szybki!

   Dalinar szarpnął wodzami Pełnonocnego w jedną stronę, potem w drugą, czując, jak dudniące uczucie Dreszczu powraca, odpędzając ból. Podkowy zadzwoniły o kamień gdy kolejna strzała przemknęła obok jego twarzy, niebezpiecznie blisko. Przed nim łucznik w końcu się przestraszył i zeskoczył ze swojej półki by zbiec.

   Dalinar przejechał na Pełnonocnym przez to wybrzuszenie chwilę później, skacząc konno w pościgu za uciekającym łucznikiem, który okazał się być mężczyzną po dwudziestce w poszarpanym ubraniu. Dalinar mógł go stratować, ale zamiast tego przegalopował na Pełnonocnym tuż obok i kopnął łucznika w plecy, posyłając go na ziemię. Dalinar zatrzymał konia, a następnie zawrócił by przejść obok stękającego łucznika, który leżał wśród sterty rozsypanych czarnych strzał.

   Ludzie Dalinara dogonili go gdy zszedł ciężko z siodła, ze strzałą wystającą z każdego ramienia. Chwycił łucznika, który w końcu podniósł się z trudem i – w oszołomieniu – szukał pośpiesznie noża przy pasie.

   Dalinar obrócił go, zauważając niebieski tatuaż na jego policzku. Łucznik wstrzymał oddech i wpatrywał się w Dalinara, pokrytego sadzą pochodzącą z płomieni, z twarzą będącą maską z krwi z nosa i rozcięcia głowy, w którym tkwiła nie jedna, a dwie strzały.

   – Czekałeś, aż zdejmę hełm – powiedział z żądaniem Dalinar. – Jesteś zabójcą. Zostałeś tutaj wysłany specjalnie po to, by mnie wyglądać.

   Mężczyzna skrzywił się, gdy Dalinar chwycił go mocniej – która to czynność spowodowała, że ból zapłonął w boku Dalinara. Mężczyzna kiwnął głową.

   – Niesamowite – powiedział Dalinar, puszczając go. – Pokaż mi ten strzał raz jeszcze. Jak daleko to jest, Thakka? Mam rację, czy nie? Ponad trzysta jardów?

   – Prawie czterysta – odparł Thakka. – Ale z przewagą wysokości.

   – Mimo wszystko – rzekł Dalinar, podchodząc do krawędzi grani. Obejrzał się na zamroczonego łucznika. – No i? Łap za łuk!

   – Mój… łuk – powiedział łucznik.

   – Głuchy jesteś, człowieku? – Dalinar odparł ostro. – Bierz go!

   Łucznik spojrzał na dziesięciu uzbrojonych konnych elitarnych, z ponurymi twarzami i niebezpiecznych, nim mądrze zdecydował się posłuchać. Podniósł swój łuk i kilka strzał, po czym podszedł niepewnie do Dalinara, rzucając okiem na tkwiące w nim podobne drzewce.

   – Przeszły wprost przez moją burzową zbroję – mruknął Dalinar, przysłaniając oczy. Po jego prawej, w dole, armie ścierały się, a główna część jego elitarnych naciskała na flankę. Tylna straż znalazła kilka cywili i wyprowadzała ich na ulicę.

   – Wybierz trupa – powiedział Dalinar, wskazując na pusty plac, gdzie miała miejsce potyczka. – Wbij strzałę w jednego, jeśli potrafisz.

   Łucznik oblizał wargi, wciąż wyraźnie oszołomiony. W końcu odpiął od pasa lunetę i zbadał okolicę.

   – Ten w niebieskim, obok przewróconego wozu.

   Dalinar zmrużył oczy, po czym kiwnął głową. Obok niego Thakka zszedł z konia i dobył miecza, opierając go o ramię. Nie-do-końca-delikatne ostrzeżenie. Łucznik zastanowił się nad tym, po czym naciągnął łuk i wypuścił pojedynczą czarno upierzoną strzałę. Leciała pewnie, a potem wbiła się w wybranego trupa.

   – Ojcze Burz – powiedział Dalinar, opuszczając dłoń. – Thakka, przed dzisiejszym dniem postawiłbym pół królestwa na to, że taki strzał jest niemożliwy.

   Odwrócił się do łucznika.

   – Jak ci na imię, zabójco?

   Mężczyzna uniósł brodę, ale nie odpowiedział.

   – Cóż, tak czy inaczej, witaj wśród moich elitarnych – rzekł Dalinar. – Niech ktoś da mu konia.

   – Co? – powiedział łucznik. – Próbowałem cię zabić!

   – Tak, z dystansu – odparł Dalinar, pozwalając jednemu ze swoich ludzi by pomógł mu wsiąść na konia. – Co jest oznaką wybitnie dobrego osądu, bo ci, do których podejdę blisko zazwyczaj kończą bardzo martwi. Przyda mi się ktoś o twoich umiejętnościach.

   – Jesteśmy wrogami!

   Dalinar skinął głową w kierunku miasta pod nimi, gdzie oblegana armia – w końcu – poddawała się.

   – Już nie. Wygląda na to, że teraz wszyscy jesteśmy sojusznikami!

Przekład: Klaudia

Korekta: Odpryskowy, Milena

Zapraszamy do komentowania rozdziału.

  • Steumienpola

    To że Dalinar miał problem z Dreszczem nawet jako dzieciak jest ciekawą informacją :d

    • http://drogakrolow.pl/ Odpryskowy

      no, tylko że te problemy też były zupełnie różne 🙂

  • Kamil

    Świetne tłumaczenie, podziwiam 🙂 Sam próbowałem, ale słownictwo takie, jak w wyższej odmianie języka.
    Ten młody Dalinar ma w sobie wielką moc.

  • Snow

    Strasznie już się nie mogę doczekać kolejnego tomu, a czekam dopiero od miesiąca od skończenia Słów. Boję się co to będzie, jak kolejny po czterech latach przerwy.
    Bardzo dobre tłumaczenie, dziękuję!