Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, jak wyglądał pierwszy krok pana Sandersona na drodze do mistrzostwa, on już dawno udzielił odpowiedzi.

Autor upublicznił na swojej stronie internetowej opowiadanie Odśrodkowa. Jedno ze swoich pierwszych, które, jak sam wyznaje, dla 18-letniego chłopaka było pierwszym momentem w życiu, kiedy uwierzył, że naprawdę może wybrać pisarstwo jako swój sposób na życie.

   Ostrzeżenie: zaraz przeczytacie bardzo złe opowiadanie.

   Jest to swego rodzaju dokument historyczny, jedno z pierwszych opowiadań, jakie kiedykolwiek napisałem. Dawno temu, w roku 1994, kiedy byłem jeszcze w szkole średniej, napisałem tę opowieść na konkurs odbywający się z okazji konwentu SF o nazwie Andromeda One.

   Zamieściłem tu opowiadanie bez edycji, dokładnie takie, jakie podesłałem jury na konwencie. Tak wyszło, że zająłem pierwsze miejsce w kategorii uczniów. Ceremonia przyznania nagród, odbywająca się w skromnie zaludnionej hotelowej sali konferencyjnej, była jednym z najwspanialszych momentów mojej młodości. Wtedy chyba pierwszy raz, jaki pamiętam, pomyślałem sobie: „Wow. Może naprawdę MOGĘ to robić!”

   Pomimo tego opowiadanie jest… cóż… nie za dobre. Może świadczy o potencjale, ale nie o umiejętnościach. Jeszcze nie. Mimo to, jest to COŚ, co przekonało sędziów o przyznaniu mi tej nagrody. W rzeczywistości, żeby to zrobić, musieli pokonać całkiem niemałą trudność. Jeden z sędziów przyznał mi się potem, że z manuskryptem, który im podesłałem, było coś nie tak.

   – Na początku myśleliśmy, że to praca mocno postmodernistyczna, i opowiadasz historię od tyłu. Potem uświadomiliśmy sobie, że po prostu spiąłeś kartki w odwrotnej kolejności. – Ups.

   Tyle ze wstępu. Przestawiam „Odśrodkową”, jedną z moich pierwszych prac pisarskich. I mam nadzieję, że nie zamieściłem jej tutaj wspak. 

ODŚRODKOWA

Brandon Sanderson

Wiosna, 1994

Tłumaczenie: Paweł Siek, wiosna 2016

   Oddychanie było udręką – wdychał z trudem i wydychał z bolesnym rzężeniem. Jednak nie przestawał, biegnąc z niedościgłą prędkością, nie zwalniając. Jego szkliste oczy patrzyły w dal, ale niewiele widziały. Nie zwracał uwagi ani na pot cieknący mu z nosa z każdym, wywalczonym krokiem, ani na ten, który zalewał całe nadwyrężone ciało. Jego cel był niepodważalny,  więc nie przestawał biec, nie przejmując się, nie myśląc.

***

   – Zobacz, to najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem! –  wykrzyknął Emil Shorton, patrząc przez ogromne okno platformy widokowej. – I jest moja, każdy jej najmniejszy atom.

   – Nie jestem przekonany, czy słusznie nazywasz ją swoją, Emilu. W rzeczywistości bardziej należy do natury, niż do jakiekolwiek istoty ludzkiej. – powiedział mężczyzna stojący obok na platformie. Rzecz, o której mówili, była czerwonym nadolbrzymem, znanym jako Seppuku. Gwiazda oddalona ledwie o ułamek roku świetlnego była najjaśniejszą w ich polu widzenia.

   – Nie filozofuj, Mront. Zaprosiłem cię tutaj, żebyś zobaczył to, co nazywasz szaleństwem: długo oczekiwany sukces prac moich przodków.

   Mront parsknął cicho.

   – Wiesz, co sądzę o twoich „wybitnych przodkach”, Emilu.

   Emil odwrócił się nagle, jego oszalałe oczy zdradzały gniew zrodzony z frustracji. Jednak wewnętrzna wściekłość rozbiła się o barierę dojrzałości, jego twarz powoli odzyskała radosny wyraz.

   – Ach, Mront. Zawsze potrafiłeś mnie sprowokować do emocji, których wolałbym nie uzewnętrzniać. Nie zaprosiłem cię tutaj, żebyśmy się kłócili, stary przyjacielu. Chciałem pokazać ci, co udało mi się osiągnąć, żebyś dostrzegł bezsens własnych zarzutów i potępień. Raduj się, mój kolego, dziś świętujemy!

***

   – Zatrzymaj się! – wykrzyknął ktoś z tyłu, niemal nie wyróżniający się spośrod setek innych hałasów dookoła. Zignorował go. Kilka sekund później nastąpiło błękitne wyładowanie z elektrycznego ogłuszacza. Zignorował go. Jego mięśnie wykroczyły już poza stan, w którym tak prozaiczne rzeczy mogły je zatrzymać.

   Dobiegły go stłumione przekleństwa, a po nich odgłosy kroków i kilka nieskutecznych okrzyków próbujących go zatrzymać. Nie zmartwiło go nawet to, że do ścigających go odgłosów stóp dołączyło co najmniej pół tuzina kolejnych. Jego szansą był rów – sporych rozmiarów przerwa w pokładzie stacji, dostęp do wewnętrznych poziomów. Ścigający go wydali ciche okrzyki radości, widząc, iż kieruje się w tamtą – rozpadlina była szeroka na co najmniej dwadzieścia metrów.

   Nie zwolnił, jego prędkość zdawała się nawet zwiększać. Kości trzeszczały i ścięgna naciągały się przy potężnym odbiciu i twardym lądowaniu. Pozostali z tyłu oficerowie widzieli tylko zaciekłą determinację okrywającą jego ciało i lądowanie, które dla każdego innego człowieka zakończyłoby się kalectwem. Adrenalina w kolosalnej dawce i uszkodzone receptory bólu uczyniły ten skok możliwym. Podobnie jak pozostałe rzeczy, ból także zignorował.

***

   Narastające latami ciśnienie eksplodowało z donośnym POP! Gęsta piana wytrysnęła z butelki, zalewając podłogę białymi bąbelkami. Emil, z wyraźną rozkoszą, pociągnął z lampki łyk połyskującego szampana.

   – Mój przodek odłożył tę butelkę trzy tysiące lat temu, specjalnie na ten moment. – oznajmił, wręczając lampkę Mrontowi. – Proponuję wznieść toast za jego dalekowzroczność: za marzenia i ich spełnienie!

    Mront przez chwilę przyglądał się lampce.

   – Niektóre marzenia nie powinny został spełnione. Zatrzymałeś się w miejscu, Emilu. Miałeś kiedyś tak wielką wyobraźnię. Co się stało z twoimi marzeniami, twoimi aspiracjami?

   – To jest moim marzeniem! – wykrzyknął Emil wściekle. – Nie jesteś nawet w stanie zrozumieć, co sam kiedyś odrzuciłeś.

   Mront wpatrywał się we wzburzone źrenice przyjaciela.

   – Owszem, Emilu – oświadczył spokojnie. – Rozumiem. Rozumiem, że nigdy nie spotkałbym mojej żony. Rozumiem, że nigdy nie trzymałbym na rękach moich dzieci. Żeby tu pracować musiałbym, jak każdy inny, podpisać zapewnienie, że nigdy nie odejdę. Nie mógłbym tak żyć – nikt nie powinien tak żyć.

   Emil odwrócił się od niego sztywno, skupiając wzrok na odległym blasku Seppuku.

***

   – Co to znaczy, że żaden z was nie wziął ze sobą platformy lewitacyjnej? Przecież to standardowe wyposażenie! – Sierżant Forec z Policji Głównej Bazy Seppuku nie był w dobrym nastroju. Stał w ciemnej sali komunikacyjnej patrząc na Holo-Vid jednego z oficerów, tego, który właśnie zgubił bardzo ważną zdobycz. – Wracaj i zdobądź jakąś! – wrzeszczał na zlęknionego policjanta.

   – Co możesz mi powiedzieć? –  zapytał Forec, odwracając się do technika siedzącego obok przy komputerze.

   Mężczyzna przymrużył oczy, wpatrując się w ekran pełen statystyk, jakby podważając ich autentyczność.

   – Jedno jest pewne, ten gość ma pełno energii.

   – Czyli jest na prochach? – spytał Forec, nachylając się, żeby mieć lepszy widok na ekran.

   – I tak, i nie, sir. Zdalny Bio-scan mówi, że jest przesycony amfetaminą, ale wytworzoną naturalnie.

   – Chodzi ci o adrenalinę. – zauważył Forec.

   – Dokładnie tak. – opowiedział technik. –  Dziwny jest jednak poziom narkotyku. Stężenie adrenaliny w jego ciele jest czterokrotnie wyższe od standardowego maksimum tolerancji.

   – To by wyjaśniało, jak przeskoczył dwudziestometrowy rów.

   Technik siknął głową i kontynuował.

   – W dodatku jego receptory bólu zostały wyłączone. Zakończenia nerwowe zostały dosłownie stopione do stanu całkowitej nieużywalności, więc jest mało prawdopodobne, że uda ci się go obezwładnić. Jedyne co możemy zrobić, żeby go zatrzymać, to zabić.

   Forec potarł w zamyśleniu podbródek.

   – Jakieś pomysły, dokąd zmierza?

   – Kieruje się w stronę północno-wschodniej sekcji bazy, a tam znajduje się tylko kryształ skupiający moc Tarczy.

   – A więc mamy go – odparł funkcjonariusz z uśmiechem. – Wejście o tej stacji wymaga skanu DNA. Nie ma sposobu, żeby to przeskoczył. Teraz naszym jedynym problemem jest złapanie go. Jakieś przypuszczenia, jak długo może utrzymać ten poziom adrenaliny?

   – Nie sądzę, żebyś musiał się martwić łapaniem go.

   Forec odwrócił pytająco głowę w stronę technika i powiedział:

   – Dlaczego?

    Usta technika przyjęły litościwy i zarazem ironiczny wyraz.

   – Pomyśl o ciele jak o nadmiernie wypełnionym balonie. Nawet jeśli spuścisz powietrze, nieodwracalnie utraci swój kształt, a jeśli spróbujesz go nadmuchać jeszcze bardziej…

   – Wybuchnie – dokończył cicho Forec.

   Technik wzruszył ramionami z rezygnacją i powiedział:

   – Daję mu piętnaście minut.

***

   – Piętnaście minut, Mront. Wyobraź to sobie, ostateczna kulminacja trzech tysięcy lat pracy – powiedział Emil, znów w świetnym nastroju.

   Mront skinął głową. Może był przeciwny projektowi z powodów emocjonalnych, ale sama idea nie przestawała mu imponować. Trzy tysiące lat temu w zasięgu podróży z prędkością nadświetlną, została odkryta gwiazda – Seppuku. Nie różniła się ona od pozostałych niczym szczególnym, oprócz tego, że w przeciągu pięciu tysięcy lat miała się stać supernovą.

   Gwiazda narobiła sporo zamieszania.  Była to pierwsza szansa na zbadanie supernovej tak blisko Ziemi. W czasie ogólnej ekscytacji odkryciem przodek Emila, Joshua Shorton, wystąpił ze śmiałym planem – chciał kupić Seppuku. Rząd ochoczo zaakceptował jego propozycję.

   Joshua zdobył skądś matematyczny model, który wykazywał, że do czasu wybuchu gwiazdy dostępna będzie technologia, która pozwoli okiełznać jej energię. Postawił wszystko na ten model i wydał całą rodzinną fortunę na przygotowania do supernovej. Trzy tysiące lat później jego zamiary miały zostać spełnione.

   – Tak, Emilu – powiedział ironicznie – zdecydowanie zapracowałeś na to.

***

   Jego misja niemal dobiegła końca. Stał w przedsionku pomieszczenia z krzyształem Tarczy. Przed nim leżał skaner DNA – ostatnia przeszkoda. Wciąż patrząc na drzwi, metodycznie włożył kciuk do ust i przygryzł mocno, potem mechanicznie włożył krwawiący palec do skanera.

***

   Ludzkie ciało jest zdumiewające – nawet jego najmniejsza cząstka jest nieskończenie złożona. Badanie DNA składało się z trzech skanów, przy pomocy mikroskopijnej sądy komórkowej. Każdy w poszukiwaniu szczególnego łańcucha DNA. Pierwszy wywołał sekwencję, która spowodowała, że małe ciała obce, niemal jak wirusy, odczepiły się z końca łańcucha DNA. W czasie drugiego impulsu, drobiny te uległy przeobrażeniu, zapisując się w danych impulsu.. W czasie trzeciego impulsu ciała doczepiły się do łańcucha w odpowiednich miejscach. Tylko tego potrzebowała sonda.

***

   Mężczyzna wyjął palec z urządzenia.

   – Witam, Panie Shorton – dobiegł skądś bezcielesny głos. Mężczyzna przeszedł pewnie przez otwarte drzwi.

***

   Delikatna purpurowa poświata Tarcz Energetycznych wyraźnie odcinała się od czerni Kosmosu – otaczały one cały układ Seppuku.

   – Nigdy nie rozumiałem, dlaczego byłeś tak przeciwny temu projektowi, Mront – powiedział Emil cicho.

   – Nie chodzi o sam projekt, Emilu, chodzi o sposób w jaki twoja rodzina nim zarządza. Całe przedsięwzięcie bazuje na chciwości i ukrywaniu zamiarów.

   Emil kiwnął głową, nie siląc się na ripostę, wiedząc że dyskusja byłaby bezcelowa. Mront był już całkowicie przekonany do swoich racji. Poza tym, dzięki przeczytaniu osobistych notatek Joshui wiedział, że przynajmniej jeden z argumentów Mronta był słuszny. Ludzie cierpieli z ich powodu, jeden w szczególności…

***

Notatki Joshui mówiły o mężczyźnie imieniem Laros Mazprique, człowieku, który pierwotnie odkrył Seppuku i sformułował to, co później było znane jako Plan Shortona. Jego pomysły, choć proste w założeniu, były mocno przełomowe i szeroko nieakceptowane w środowisku naukowym. Joshua Shorton wiedział o obu tych rzeczach i dostrzegł naiwność młodego naukowca. Bazując na tej wiedzy rozpoczął to, co niektórzy zwą największym ryzykiem w znanej historii. Na nieszczęście Larosa, w planach Shortona nie było dla niego miejsca. Jego pomysły zostały po cichu, lecz efektywnie wykradane. Nie zdawał sobie z tego sprawy, dopóki nie było za późno.

   Laros na jakiś czas popadł w depresję, lecz pewnego dnia zarzucił dawne zainteresowania matematyką teoretyczną i rozpoczął studia w nowej dziedzinie: genetyce. Laros pracował z zapałem i błyskotliwością. Początkowe zaangażowanie przerodziło się w szaleństwo, a jego ostatnie spójne zapiski były co najmniej enigmatycznie.

   – Nareszcie – powiedział na łożu śmierci – jesteśmy kwita.

   Nikt nie miał pojęcia o co mu chodziło, bo zniszczył wszystkie swoje notatki. Jedna wskazówka leżała w umyśle człowieka, którego kilkukrotnie wzywał do swojego gabinetu – niejakiego Jammera Alistesa.

***

   Ronald Alistes stał przed olbrzymim diamentem skupiającym energię zebraną przez Tarczę. Nareszcie stanął w miejscu, gdzie od trzech tysięcy lat pchał go wewnętrzny przymus.

   Rzucił się w prądy energii, spalając się na popiół w przeciągu milisekund. Niestety, przed wyparowaniem zdążył odrobinę przesunąć diament. Prąd energetyczny trafiał teraz w kamień pod niewielkim kątem, wprawiając diament w szybkie wibracje. Kilka sekund później rozpadł się na setki tysięcy tęczowych kawałków.

***

   Nagły okrzyk Emila zwrócił uwagę Mronta.

   – Co jest?! – wrzasnął. Wtedy dostrzegł, że purpurowa poświata zniknęła. Tarcze zniknęły. Spojrzał na zegar odliczający czas do wybuchu supernovej. Pokazywał: 5… 4… 3… 2… 1…

***

   Śmierć zabrała mieszkańców Bazy Seppuku na różne sposoby. Dla opinii publicznej była ona niespodziewana, a jej przyczyna – nieznana. Dla Roberta Alistesa była wyzwoleniem z już nie swojego ciała. Mront nie ucieszył się z jej powodu, ale był przygotowany – jego żona odeszła kilka lat wcześniej, a dzieci miał już dorosłe. Następne życie było dla niego tylko kolejnym krokiem. Najbardziej śmierć zabolała Emila, bo przez krótką chwilę przed wyparowaniem uświadomił sobie własną bezradność i porażkę rodzinnego przedsięwzięcia.

   Informacje o wybuchu były dostępne w kilka godzin w Wiadomościach Sieci Holo-Vid. Oświadczenie brzmiało następująco:

   Stacja Seppuku została dziś zniszczona przez supernową, którą miała ujarzmić. Zniszczenie nastąpiło najprawdopodobniej w skutek usterki w układzie tarcz. Pozostali członkowie rodziny Shorton muszą teraz spłacić ogromny dług zaciągnięty trzy tysiąclecia temu na potrzeby sfinansowania nieudanego przedsięwziecia.

Jak oceniacie opowiadanie?

  • szabla91

    Widać te zacięcie naukowe u bohaterów Sandersona już od początków jego przygody z pisaniem:) samo opowiadanko całkiem całkiem, nawet pomimo tego, że przewidywalne

  • BS

    Jestem tylko ciekaw, czy autor – bądź jeden z jego asystentów (uprawniony do tego) – wyraził zgodę na publikację i przekład… Bo jeżeli coś zostało udostępnione przez kogoś za darmo, nie oznacza, że można sobie ot, tak po prostu wziąć.

    • Odpryskowy

      Cóż, Brandon sam opublikował to opowiadanie w internecie, więc jeśli chodzi o sam fakt dystrybucji, to nie ma tu nic złego.
      Jeśli o przekład zaś chodzi… nie bardzo wiem, jak tu się mają prawne sprawy. Z pewnością jeśli w Polsce zostanie to opowiadanie wydane, to usuniemy ten fanowski przekład.

      P.S. Tak na marginesie, nie sądzę żeby Brandon miał coś przeciwko – w końcu Siewcę Wojny umieścił w całości za darmo w internecie równocześnie wydając go na papierze.

    • Milena

      Opowiadania nie tyczą się prawa wydawnicze, ponieważ żadne wydawnictwo nie podjęło się zakupu. To w stu procentach własność autora, którą zdecydował się udostępnić wszystkim swoim czytelnikom, bez względu na język ojczysty. Nie „wzięliśmy sobie” tej treści dla własnej korzyści tylko udostępniliśmy ją w języku jego czytelników 🙂

    • BS

      Pomijając inne strony, najwyraźniej nie znacie prawa i myślicie, że jak coś zostało udostępnione za darmo, to można to prefabrykować do woli. Ignorantia iuris nocet – mam nadzieję, że ktoś zwróci uwagę na takie „publikacje”. Dodajmy do tego fakt, że jeżeli ktoś publikuje coś w Internecie non profit, to nie znaczy, że można sobie bezkarnie – „bo dla czytelników” – podbierać.

      Jeżeli nie widziecie w tym nic złego, znaczy, że rynek znacie od wczoraj.

      • Milena

        Wydajesz się zawzięty w stopniu, który nijak się ma do sprawy. Podstawową funkcją prawa jest chronić. Życie, własność, porządek. Nie naruszamy prawa, chyba że mówimy o tej jego wersji, gdzie sekutniczo trzymamy się jego litery, bez względu na okoliczności.
        Jeśli podasz swój adres email, napiszę do pana Adama lub pana Petera – obaj pełnią funkcję agentów – tak, oficjalnych i z ramienia kontraktów – w tej sprawie i odeślę ci screenshot z wiadomości, którą otrzymam. Agentów oczywiście jest więcej, ale ci są najbliżej spraw autora, i w przeciwieństwie do pozostałych, z tymi panami mam kontakt.
        Owszem, znam rynek od wczoraj. To wcale nie znaczy, że nie wiem, co robię i działam na ślepo. Nie uznaję moich działań za szkodę tak długo, jak człowiek posiadający prawo do dysponowania twórczością autora nie powie mi, że działam na jego szkodę. Oczywiście, napiszę, nie będę czekać aż ktoś zauważy 😉

  • Pingback: Bibliografia nowego Mistrza — Droga Królów - Brandon Sanderson()